Historia Osiedla Akademickiego

Hej, hej juwenalia!

Hej, hej juwenalia, kto nie z nami i nie pije, ten kanalia – stało się nieoficjalnym hasłem pierwszego w historii łódzkiego ośrodka akademickiego studenckiego święta wiosny z udziałem wszystkich uczelni miasta. Domorośli artyści z uniwersytetu natychmiast „podłożyli” pod to zawołanie swojsko brzmiącą, łatwo wpadającą w ucho, melodię. Całe gromady żaków, które zawładnęły na trzy dni miastem, od wczesnego przedpołudnia do bladego świtu, wyśpiewywały, a właściwie wykrzykiwały na całego gardło wspomniane wyżej hasło. Niebawem uznane zostało ono przez studencką brać de facto za swego rodzaju hymn juwenaliów.

Decyzja senatów siedmiu łódzkich państwowych szkół wyższych o organizacji studenckiego święta wiosny, zaakceptowana przez władze miasta, była swego rodzaju ewenementem. W uczelniach zawrzało jak w ulu. Całymi dniami o niczym innym się nie mówiło, a trzeba mieć świadomość, że młode – liczące zaledwie dwadzieścia lat środowisko akademickie – dopiero tworzyło własną tradycję i wszystko, co nowe, budziło wśród studentów ogromne emocje. Niektórzy koledzy jeździli co prawda na najsłynniejsze w kraju juwenalia w Krakowie i opowiadali nam z wypiekami na twarzy oraz nieskrywaną zazdrością o żakowskich igrcach w smoczym grodzie. Nikt z nas nie miał jednak najmniejszego pojęcia, jak to „wypali” w Łodzi, jak studenckie święto wiosny przyjmie się w środowisku i jak je odbierać będą mieszkańcy Łodzi. Z nieoficjalnie dochodzących do nas informacji wynikało również, iż lokalne władze miały wiele różnego rodzaju wątpliwości. Obawiano się między innymi, by organizowana z ogromnym rozmachem impreza, z udziałem nawet kilkunastu tysięcy młodych ludzi i rozpoczynająca się w centrum Łodzi, nie przerodziła się przypadkiem w równie wielką burdę, którą mogły sprowokować na przykład grupy podchmielonych chuliganów, nie mające nic wspólnego ze studentami. Jeszcze bardziej jednak lękano się, by „nieodpowiedzialne elementy” nie zaczęły, co nie daj Bóg, wznosić jakichś „nieprawomyślnych” haseł, podchwyconych następnie przez wielotysięczny tłum, co w tamtych czasach mogło mieć nieobliczalne konsekwencje polityczne dla władz miasta, ale też i środowiska akademickiego Łodzi.

Nic więc dziwnego, że zarówno działacze organizacji studenckich, którym powierzono przygotowanie całego wielkiego przedsięwzięcia, jak i rektorzy szkół wyższych oraz włodarze grodu nad Łódką potraktowali juwenalia bardzo serio. Starannie opracowano ich program, między innymi wytyczono trasę pochodu „żakinady” czyli przemarszu barwnego korowodu przebierańców z dziedzińca Politechniki Łódzkiej przy ul. Żeromskiego do Piotrkowskiej, następnie centralnym deptakiem miasta do placu Wolności i stamtąd już na „Bystrą” (od ul. Bystrzyckiej, która później otrzymała imię Patrice’a Lumumby, pierwszego premiera Demokratycznej Republiki Konga – stąd „Lumumbowo” – bardzo popularna, choć nieoficjalna nazwa osiedla akademickiego).

Na jego terenie i w domach akademickich zaplanowano zabawy taneczne, różnego rodzaju konkursy i występy artystyczne. Z łódzkich teatrów wypożyczone zostały studentom setki kostiumów, głównie historycznych mundurów wojskowych oraz strojów dworskich i mieszczańskich z różnych epok. Resztę pozostawiono fantazji żaków. Lokalne władze na okres studenckiego święta wydały zarządzenie o możliwości bezpłatnego korzystania przez słuchaczy wyższych uczelni ze wszystkich środków komunikacji miejskiej.

Pierwszych w naszym studenckim życiu juwenaliów nie mogliśmy się doczekać. Niecierpliwe odliczaliśmy dzielące od nich dni, starając się nie myśleć, że jednocześnie nieubłaganie zbliża się również letnia sesja egzaminacyjna i czasu do nauki pozostaje coraz mniej. W gronie najbliższych przyjaciół i kolegów przy każdej nadarzającej się okazji snuliśmy więc plany wspólnego, jak się da, najbardziej atrakcyjnego spędzenia żakowskiego święta, odsuwając od siebie „widmo” sesji „wiszącej” nad nami niczym miecz Damoklesa. Postanowiliśmy też, że na juwenalia obowiązkowo stawiamy się wszyscy w przebraniu. Załatwienie wypożyczonych z teatrów kostiumów, takich by „ludzie pękli” z zazdrości, pozostawiono autorowi wspomnień. Jako działacz Zrzeszenia Studentów Polskich nie miałem z tym większych kłopotów, bo wszędzie na uczelni można było znaleźć kolegę z ZSP, który z kolei nie mógł odmówić drobnej przysługi innemu koledze z organizacji.

Możliwość komentowania jest wyłączona.